Piernikowy smak dzieciństwa
Zapewne każdy z nas ma swój ulubiony smak, zapach, który kojarzy mu się z tylko ze Świętami Bożego Narodzenia. Dla mnie takim przywołaniem dzieciństwa są babcine, wiejskie pierniki. Bo co wtedy mieli do zaproponowania spragnionym słodyczy dzieciom dorośli? Oto jakie „frykasy”:
1. Sernik: zimną, bladą, wilgotną masę nazywaną przez nich ciastem (!) Żeby nie wiem ile dodać do niej cukru i rodzynków, zawsze smakowała tylko kwaśnym twarogiem
2. Jabłecznik: kwaskowa papka na rozmokniętym cieście.
3. Makowiec: jak to zjeść? Osobno ciasto, osobno mak, wszystko się rozpada w palcach i uniemożliwia normalne spałaszowanie.
Na moje pytanie: „Dlaczego nie można upiec normalnego, drożdżowego placka z kruszonką?” – padała niezmiennie ta sama odpowiedź: „Bo jest zbyt zwyczajny„. Zbyt zwyczajny? Lepszy zwyczajny placek, który można zjeść, niż świąteczne, pracochłonne ciasta, które się tylko ogląda…
Ale te pierniki… słodkie, pachnące miodem, jednolite w konsystencji i przewidywalne w smaku, to było coś, co w moich dziecięcych oczach „ratowało” słodycz Świąt. Wypiekane przez babcię tylko raz do roku nabierały mocy wręcz magicznej. Taki pierniczek można było trzymać w dłoniach bez obawy o pobrudzenie siebie lub otoczenia. Schrupać go żarłocznie (na początku wizyty) lub delektować się nim z namaszczeniem (to już pod koniec odwiedzin). Można było nawet przemycić go w kieszeni kurtki i dyskretnie zjeść w samochodzie w drodze powrotnej do domu… Mały pierniczek, a ile wspomnień…
Dziś potrafię docenić różnorodność i bogactwo bożonarodzeniowych smaków, ale na pierwszym miejscu wśród świątecznych smakołyków zawsze będą one: pierniki.



